Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać
Wszyscy praktykanci, którzy tu przyjechali są niemieckojęzyczni, tzn. sami Niemcy i jedna Szwajcarka Serbskiego pochodzenia, albo nawet Serbka, ale i tak mówi po niemiecku. Mieszkam w mieszkaniu z czwórką Niemców i jednym Ukraińcem – Andrejem, który rzadko bywa w domu, on jest zapracowanym człowiekiem. Zatem atmosfera jest bardziej niemiecka, niż jak mieszkałem w Niemczech. Cały czas mówimy po niemiecku, teraz wprowadził się na szczęście jeden Niemiec, który mówi całkiem dobrze po rosyjsku, więc staramy się rozmawiać w tym języku. Generalnie jest przyjemnie dogadujemy się, tylko czasem mnie śmieszy jak w czasie różnych rozmów oni np. narzekają na niektóre rzeczy na Ukrainie, które są nielogiczne (w końcu jak pokazał miniony system i fizyka kwantowa nie wszystko musi być logiczne) i wtedy przemawia przez nich to typowo niemieckie poczucie zajebistości. Po prostu chce mi się śmiać, ale nic nie mówię, nie tyczy mnie się to, ani niczego, co mi jest bliskie, więc w tym wypadku nie wdaję się w nierówną walkę z 5 Niemców po niemiecku. Jak wspomniałem, współmieszkańcy są bardzo mili i dobrze się z nim jak na razie dogaduję. Jest jednak jedna osoba, która stanowi wyjątek od tej reguły. Mianowicie jedna Niemka ze stolicy. Pochodzi ponoć z Berlina, ale studiuje w jakiejś dziurze. Osoba bardzo ciekawa i chyba najbardziej ze wszystkich przekonana o swojej zajebistości. Zdenerwowała mnie już pierwszego dnia jakimś głupim tekstem, już jak jechaliśmy autobusem z dworca do mieszkania. Potem cały czas wszystkim mówiła, że ona umie dobrze mówić po rosyjsku, że nawet studiowała w Petersburgu. Takie słowa budzą respekt, tylko problem w tym, że ona tak samo studiowała w tym Petersburgu jak ja w Moskwie. Skoro ona tak dobrze mówi, to myślę sobie, że spróbuję z nią po rosyjsku, byłoby to szalenie wygodne, gdyż jej bełkotu niemieckiego poza słowem „szajse”, które pojawia się jako co drugie niestety nie rozumiem. Zatem raz w kuchni rzuciłem jakieś nieskomplikowane pytanie po rosyjsku, z cyklu „gdzie jest herbata?” Ona nie zrozumiała, powtórzyłem dwa razy dalej nic, przetłumaczyłem na niemiecki i zaskoczyła. Tu nie rozchodzi się o to, że ona niby słabo zna język, bo może zna go i dobrze, ale potem, żeby dolać trochę oliwy do ognia, albo żeby załagodzić sytuacje, sam nie wiem, po co to powiedziałem, mówię, że u mnie słabo z akcentem, może dlatego czasem mnie ciężko zrozumieć. I w tym momencie ona mi zaczyna mówić, jeszcze po rosyjsku, że u mnie bardzo słabo z akcentem. Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać, nie było by w tym nic złego, gdyby ona rzeczywiście była specjalistą w tej kwestii, ale jak ona mówi cokolwiek po rosyjsku to ja nie mogę w ogóle dostrzec, że ona przestała mówić, po niemiecku. Ja naprawdę cenię sobie konstruktywną krytykę, ale tu się dziewczyna zagalopowała. Bardzo mi się podobało jedno stwierdzenie, którym nauczycielka języka czeskiego rozpoczęła zajęcia w Dreźnie, na które chodził Ucho. Otóż powiedziała ona Niemcom, że i tak nigdy się poprawnie nie nauczą wymawiać czeskich słów i jest w tym trochę prawdy. Dlatego też myślę, że moja wymowa chociażby była typowo polską i tak będzie lepsza niż ta niemiecka ćwiczona przez lata. Taki handy-cup. Zaczęliśmy chodzić na zajęcia i z czasem ta pewność siebie co do znajomości języka rosyjskiego jej odeszła. Teraz jest w domu na szczęście trochę spokoju, bo wyjechała na tydzień na Krym. Spostrzegłem, że inni tez ją trochę dziwnie postrzegają. Raz wybraliśmy się do muzeum na świeżym powietrzu na obrzeżach Kijowa, tam były zebrane tradycyjne budowle z różnych części Ukrainy. Wstaliśmy rano pojechaliśmy, zabrali nas tam ukraińscy studenci z IAESTE, tak sobie spacerujemy i w pewnym momencie ktoś zauważył, że tej Niemki z nami nie ma. Jedna dziewczyna rzuciła, że ten wyjazd tak nagle wyszedł, spontanicznie i przypadkiem nikt jej nie powiedział, wtedy wymieniliśmy się spojrzeniami z jedna koleżanką i wszystko było jasne. Nic się nie dzieje przypadkiem.
Andrej miał w ostatnim tygodniu urodziny i z tego powodu postanowił zorganizować imprezę urodzinową, która odbywała się w Halloween, obowiązywały przebrania. Impreza zapowiadała się poważnie, Andrej mówił, że będzie 30 osób, że to jest bardzo ważna impreza dla niego, że będzie fajnie, że musimy się przebrać, że na jednym komputerze będą lecieli Simsonowie (???) i będziemy słuchać piosenki „This is halloween”, zrobił zakupów za 1000 hrywien, nakupował jakiś sałatek, nawet pojawił się w domu szybciej by coś posprzątać. Normalnie wydarzenie kulturalne w skali roku, aż zaczęło mi się smutno robić, bałem się, że nie podołam wyzwaniu tak porządnej imprezy, nie wiadomo jak się zachować. Już o 18 zaczęliśmy coś sączyć, by było dobre nastrojenie i koniec końców przyszło jego paru kolegów, pooglądaliśmy sobie Simsonów, posłuchaliśmy piosenki „This is halloween” i wszyscy poszli spać. Nudy dłużyzna, nic się nie działo. Został tylko bałagan. A Andrej wymyślił sobie, że następnego dnia wstaje o 6 rano i wyjeżdża na weekend do domu świętować urodziny z rodziną. Sprzątanie zostało nam. Po części ogarnęliśmy mieszkanie i przyszła pora na odkurzanie. Najbardziej lubię właśnie takie momenty, kiedy to niektórzy czytelnicy już się domyślają, co mogło być dalej. Otóż ktoś gotował wodę na herbatę, ktoś inny robił pranie, jeszcze ktoś inny właśnie włączał laptopa do sieci i właśnie w tym momencie Elena zaczęła odkurzać. Zrobiło się małe buuum, gdzieś zaiskrzyło, coś się zapaliło i już nikt nie gotował wody, nikt nie robił prania, ale laptop dalej pracował. Sprawa z początku wydawała się niezbyt skomplikowana, na studiach uczyli mnie trochę jak się obchodzić z prądem, bezpieczniki w samochodzie też czasem wymieniałem, czasem nie było to łatwe, ale jakieś doświadczenie jest. Z pomocą sąsiada znaleźliśmy skrzynkę z bezpiecznikami i licznikiem, przyjrzeliśmy się temu co wybuchło i tam było jakoś dziwnie dużo takich małych kabelków hmm…Ciekawe po co. Wiedząc, że prąd kopie i to może boleć oraz być niebezpieczne zaniechałem próby naprawiania czegokolwiek, aż do przyjazdu Andrjeja z domu. Udało nam się włączyć tylko światło. Jak się później okazało, tam u nich nikt nie próbował obchodzić licznika, tylko kiedyś był pożar i coś się spaliło, coś się zepsuło i generalnie cała instalacja została podłączona do jednego bezpiecznika, jak to rozwiązanie nie budzi jeszcze tak dużych kontrowersji, to fakt, że zostało to zrobione za pomocą malutkich kabelków, które nie wiem w jaki sposób miały przewodzić większe prądy. Już jest dobrze, na nowo doceniamy dobrodziejstwa, jakie niesie z sobą prąd w kontaktach albo światło w toalecie. Dalej zanim włączymy coś o większej mocy staramy się zredukować do minimum wszelkie używane urządzenia elektryczne w domu.

January 18th, 2010 at 10:05 pm
Pięknie piszesz, bardzo wyrozumiale. Aż się zimno z braku prądu robi…